Czy dama może się wyłożyć wcale nie jak dama w publicznym miejscu - może pewnie, że może.
Księżna Pani tzn. mła właśnie wyłożyła się na świeżo dostarczonym przez matkę naturę, nieodśnieżonym śniegu wieczorową porą (chociaż tyle dobrze, bo mniej świadków upadku Księżnej Pani) zupełnie bez wdzięku w obecności dwóch świadków - człowieka rodzaju męskiego i jego psa.
Księżna Pani z wypadku wyszła cało i oprócz utraconej dumy i bólu członków nic jej się nie stało (twarda sztuka).
Ból jest mniej więcej taki jakbym przerzuciła dwa wagony węgla, lub spędziła kilka godzin na siłowni, ani jedno ani drugie nie ma nic wspólnego z rzeczywistością bo Księżna Pani węgla nie przerzucała a ćwiczeniami na siłowni się brzydzi.
Całe moje obolałe ciało cierpi jakby je przejechał pług ale to niemożliwe bo mimo obfitości śniegu nikt w moim mieście nie miał szczęścia widzieć takiego cudu jak pług, w związku z czym mamy dużo tego białego dobrobytu który w godzinach południowych stopniowo topnieje zamieniając się w wodę koloru brunatnego w której to radośnie taplając się pokonuję drogę do domu z pracy.
Idąc rano do roboty szronu nie mam tylko w dupie a wracajac z niej udaje mi się nie zamoczyć tylko cycków.
Dawno, dawno temu jak mama Mrófa była piękna i młoda, zaś młoda Mrófa była zupełnie mała w piękny sobotni lub niedzielny niekoniecznie poranek bo godzina była między 6-7 rano - mama i tata Mróf odsypiali ciężki tydzień i wcale nie zamierzali zrywać się o tak nieprzyzwoitej porze w przeciwieństwie do małej Mrófy dla której 6-7 rano to najlepsza pora na zabawę.
Ponieważ reszta Mrófczej rodziny spała i nie kazała się budzić, mała Mrófa zajęła się zabawą własną która to niestety okazała się nudna, w związku z tym Mrófa przeraczkowała się do jedynego salonu jaki jest w posiadaniu Mrófczej rodziny i który spełnia też funkcję sypialni, pokoju telewizyjnego i bawialni.
W owym salonie na stole leżały zapałki, fajna rzecz, stare Mrófy tak dziwnie pocierały patyczkiem po pudełku i z tego robiło się jasno, mała Mrófa też koniecznie chciała spróbować czy jej też się uda wyczarować takie światełko.
Owszem udało się ale zaczęło lekko parzyć wobec tego trzeba było koniecznie wyrzucić ten patyczek. Płonący ślicznie patyczek spadł na łóżko gdzie spał tata Mróf, bo mama Mrófa spała w małym pokoju aby mieć oko na bawiące się tam właśnie mrófcze potomstwo i oczywiście miała .... oko zamknięte.
Mała Mrófa ewakuowała się szybko do małego pokoju bo gdzieś tam w środku czuła, że mama i tata Mróf nie będą zachwyceni tym ogniskiem które nagle też przestało się podobać małej Mrófie.
Dom obudził krzyk i larum taty, który próbował ugasić ognisko, półprzytomna mama zerwana brutalnie z "czuwania" wpadła do salonu i zastała tam płonący stos a w nim zamiast złej czarownicy, czarownika próbującego ugasic płomienie.
Strat w ludziach i sprzęcie nie było poza "letko" nadwątlonym łóżkiem i ciężko przestraszoną Mrófczą rodziną.
Małej Mrófie udało się przeżyć kataklizm i pożar jaki wywołała i ma w tej chwili 16 lat, cyklicznie dostarcza mamie i tacie Mrófom ciągle nowych porcji emocji.
Tagi: mrófcze opowieści
skomentuj (6)
Wszystko rozumiem, że styczeń, że zima, że zimno ale dlaczego jak było minus 1 to mogłam ugotować zupę na koloryferze a teraz przy minus 18 kaloryfer zdechł i ledwo zipie. A ja jestem mało odporna na zimno.
Jest tak zimno, że we własnym mieszkaniu marzną mi ręce, cały czas organizm kwiczy o paliwo a ja skwapliwie dostarczam mu to czego chce, spodnie robią się ciasne (pewnie się sfilcowały w praniu), śpię w dresach, skarpetach i właśnie się zastanawiam, czy może dziś włożyć czapkę i rękawiczki a szalik by też nie zaszkodził.
Pewnie, że dzwoniłam do administracji z pytaniem co się dzieje, czemu nie mogę już nic ugotować na "kalafiorkach" i czemu muszę spać dziwnie ubrana, pan przyjął do wiadomości moje zgłoszenie i...... wróciłam z pracy do domu a tu przywitało mnie w dalszym ciągu zimno, więc pomysł aby na noc ubrać czapkę i rękawiczki nie był taki zupełnie głupi bo w nocy ma być minus 18.
Jutro ponownie zadzwonię i pięknie "podziękuję" panu za interwencję i może dorzucę kilka "miłych" słów dla ogrzania atmosfery i pobudzenia pana do życia.
No nie mogłam się nawet urżnąć jak powinnam, ten lejący się cukier na imprezie mnie poraził.
Wytrzymałam trzy godziny, zmarzłam jak chuj bo impreza odbyła się na biegunie północnym i mimo, iż było wesoło - przynajmniej mi, to stwierdziłam, że nie będę czekać aż do dożynek wobec czego wyszłam wcześniej.
Oczywiście że znowu było "ale Ty to mnie nie lubisz..." - pewnie że nie lubię i nic w świecie tego nie zmieni, na głos natomiast stwierdziłam iż to on mnie nie lubi, próbował mi bajerdować jak to bardzo mnie lubi co wzbudziło u mnie odruch wymiotny i wypaliłam, że i owszem wiem o tym bo ostatnio przy dzieleniu nagród miałam okazję zostać powalona jego miłością.
Nawet nie dałam mu się wytłumaczyć chociaż nie powiem próbował żałośnie coś powidzieć, odwróciłam się na pięcie z uśmiechem i wyszłam.
I tak oto jestem jak ociemniała nie wiem o której koncert cukrowania się skończył, czy w ogóle cukier się wyczerpał.
W poniedziałek będę musiała zasięgnąć języka u tych którzy zostali do końca i będą w stanie powiedzieć co się działo.
Jak w słowach piosenki Big Cyca Nienawidzę szefa ja swojego może nie nienawidzę ale nie lubię.
Po długotrwałych i sukcesywnie słanych donosach (nie przeze mnie) nasz SZEF poszedł w odstawkę mówiąc prościej dostał kopa w dupę. Donosy spełniły swoje zadanie i wcale nie były nieprawdziwe i krzywdzące jak to twierdzi nasz pryncypał.
Nie żałuję że Szef odchodzi bo go nie lubiłam i niestety nie potrafiłam tego ukryć a on w związku z tym też mnie nie lubił co jest zupełnie zrozumiałe. Obawiam się tylko nowego bo wiadomo - nowe nie zawsze musi byc lepsze.
Pośród wielkiego wachlarza (samych) wad prym wiodło zamiłowanie do trunków wysokoprocentowych które to Szef spożywał w dużych ilościach i najlepiej mu smakowało na terenie biura. Po spożyciu był bardzo rozmowny i towarzyski. Jeśli miałam pecha pojawić się na horyzoncie gdy "łony" był w stanie wskazującym zdarzało się, że mnie wołał i mówił "wiem, że mnie nie lubisz.." i tu był problem - na początku moje dyplomatyczne odpowiedzi wymijające bo strach nie pozwalał zaprzeczyć a przekorność i charakter nie pozwalał potwierdzić pogrążały mnie bardziej i bardziej.
Z latami moja dyplomacja i unikanie tego typu sytuacji stało sie bardziej prezycyjne, na tyle, że kilkakrotnie "łony" sam niemal wyznał mi miłość deklarując się, że mnie lubi i przez jakiś czas przy dzieleniu nagród i pochwał czułam jego przychylność. Oczywiście okres był krótkotrwały bo w zamian ja niestety nigdy nie potrafiłam powiedzieć (bez kręcenia i lawirowania) że go lubię. Zawsze znajdowałam głupie i pokrętne odpowiedzi typu "kocham, to tylko męża..... ", "ja tego nie powiedziałam że pana nie lubię itd."
W swoich uczuciach nie byłam odosobniona ale inni potrafili to ukryć i mieli z tego całkiem niezłe zyski.
W każdym razie on odchodzi do historii z czego nie ukrywam cieszę się. Oczywiście będzie feta pożegnalna którą "łony" urządza w lokalu i ludzi ma być jak na całkiem sporym weselu. Z wiarygodnych źródeł wiem, że też dostąpiłam zaszczytu bycia na tej imprezie chociaż to jeszcze jest pod znakiem zapytania, bo okazało się że ludzi ma być masa w związku z czym impreza została już podzielona na dwie tury dla VIPÓW i dla nas czyli PLEPSU. Ludzi zaproszonych jest ponad 100 osób więc pewnie też będą cięcia i mogę zostać wycięta z listy gości.
I tak się zastanawiam teraz, jak już będę na tej uroczystości to ile musiałabym wypić aby wyznać "łonemu" jak bardzo go "kocham" i "lubię" i podziękować za wszystkie lata w których dał mi odczuć swoją "sympatię" do mnie.
Oczywiście mogłabym nie pójść tam, ale nie pozwala mi na to ludzka ciekawość czy znajdzie się ktoś kto po wprowadzeniu się w stan po spożyciu wyprowadzi go z błędu o jego doskonałości bo on ma świadomość, że wszyscy go kochają i lubią a na dodatek jest jedynym sprawiedliwym i uczciwym człowiekiem na kuli ziemskiej.