Miesięczne Archiwa: Marzec 2008

Sądny dzień

W środę Mamiśka będzie bronić tytułu magistra, i zupełnie nie mam pojęcia dlaczego to ja się denerwuję. Przecież dziecko jest obryte jak kret to wszystko powinno byc ok – ale i tak sie denerwuję.

A ja od dziś mam  cały tydzień zaległego urlopu i wypoczywam. Mam zamiar poszwendać się po sklepach celem zakupienia butów. Byłam juz zrobić tzw. rekonesans ale to jakaś głupawka, buty w sklepach są różne i różniste ale normalnych butów zupełny brak. Bo ja sobie napewno nie kupię butów ani żółtych ani czerwonych ani w innym „oczojebnym” kolorze na obcasach „ala” Doda, bo niby gdzie miałabym w nich chodzić – do pracy?. Jednym jako takim normalnym butem w sklepach są tzw. „baleriny” ale ja takich zupełnie płaskich butów nie preferuję, owszem jakieś dwadzieścia lat temu tak a teraz to ja potrzebuje normalnych klasycznych butów, które pasowałyby do spodni (niekoniecznie garniturowych) i do spódnicy, żebym mogła w nich polecieć do pracy nie łamiąc i nie wykrzywiając sobie nóg – w normalnym kolorze – powiedzmy czarnym lub brązowym. Pewnie za dużo wymagam.

Pewnie i tak z zakupów wyjdą mi nici bo cały czas będę duchem z Mamiśką i żadnych normalnych butów nie mam szans kupić, bo te tzw. „klasyczne” są zupełnie przy okazji koszmarne.

Aby do środy.

Trudy wychowywania dzieci

Dostałam w święta od Mamiśki książkę Leszka Talko „Dziecko dla odważnych” książka w humorystyczny sposób traktuje o trudach wychowywania dzieci. Czytając ją myślałam horror to czy fantastyka, ale przypomniałam sobie pewne zdarzenie z mojego ogródka i pomyślałam, że tak - wychowywanie dzieci to właśnie horror i fantastyka razem.

Jak wiadomo małe dzieci (nie wiedzieć zupełnie dlaczego) zawsze wstają o nieprzyzwoitej porze, jest to mniej więcej pora między 5:00 a 6:00 rano. Moje dzieci nie odbiegały od standartów i wstawały zawsze o tej porze.

Pewnego pięknego (może wcale nie tak pięknego) dnia, gdy Agrafka miała trochę więcej niż rok (już chodziła) wstała standartowo około 6:00 rano kiedy to rodzice zmordowani jeszcze spali bo był dzień wolny znaczy się sobota i na dodatek każde osobno – bo ja usypiając ją wieczorem zasnęłam w małym pokoju w ubraniu, natomiast Maużon wygodnie w dużym pokoju. Mała Agrafka wstała i zobaczywszy, że wszyscy śpią udała sie do dużego pokoju, gdzie znalazła zapałki.

Zapałki fajna rzecz – dziecko pewnie widziało wcześniej jak tata lub mama posługują się tym „urządzeniem” więc postanowiło samo też spróbowac. Potarło drewienkiem o czarne na pudełku – to się zapaliło i zaczeło parzyć więc rzuciło tacie na łóżko, ponieważ zrobiły sie z tego płomienie więc dało nogę do małego pokoju i udając, że nic się nie stało zajęło sie zabawkami.

Ja wyrwana z błogiego snu gromkim głosem mojego Maużona Gośka!!!!!! wstałam na równe nogi i pędzę do pokoju myśląc – Boże pewnie dziecku się coś stało – wpadam do pokoju – patrzę a tam mój Maużon płonie na stosie i gorączkowo próbuje opanowac języki ognia.

Pożar oczywiście udało sie ugasić, nawet nie wyrządził większych szkód – ale jak teraz z perspektywy czasu na to patrzę to owszem może to i zabawne – ale z drugiej strony to myślę, że to po prostu cud, że moje dzieci uniknęły wszystkich katastrof jakie na nie czyhały i skończyło się tylko na kilku mniejszych lub większych kontuzjach.

Śmierć telewizora

Telewizor poległ na polu chwały wziął się i zepsuł do końca, teraz to już się nie da się oglądać w ogóle wyłącza się natychmiast po włączeniu.
I takim oto sposobem zrobił nas przed świętami w konia.

Póki co zarekwirowaliśmy telewizor Agrafce i przenieśliśmy go na „salony” ale on jest malutki ma tylko 21 cali i będę musiała sobie obstalować okulary do oglądania telewizora – swoją drogą dawno powinnam to zrobić bo i tak oglądając telewizor widzę lekką mgłę, ale póki był telewizor duży nie było większego problemu, a tak czeka mnie następny wydatek – okularki.

Powiedziałabym jeszcze parę brzydkich słów pod adresem niewdzięcznego telewizora za to że zostawił nas na lodzie i sobie niezasłużenie odpoczywa ale ze względu na święta powstrzymam sie i nie będę lżyć.

Może ma to i swoje dobre strony Maużon od dawna marzył o telewizorze LCD więc teraz będzie okazja aby taki właśnie sobie sprawić.

Zimowa depresja

Okna pomyłam sama osobiście „tymy rękamy” i teraz czekam na święta.

Telewizor odmawia współpracy coraz częściej, fachowiec był i stwierdził iż telewizor mimo młodego wieku musi odejść na wcześniejszą emeryturę – co to do cholery ma być na jaką emeryturę – po pięciu latach!!!!!! - a won na śmietnik historii niewdzięczniku. 

W związku z powyższym trzeba będzie nabyć nowy telewizor tylko jeszcze nie bardzo wiem za co – pieniędzy nie ma a napad na bank nie wchodzi w rachubę. Szukam sponsora na kupno telewizora – oczekuje propozycji (no proszę nawet mi sie zrymowało).

Mimo ukończenia przeczytania książek Szwaji która jest ekspertem w przepędzaniu wszelkiego rodzaju depresji nie wszystkie chandry poszły precz – zimowa została i jest mi smutno i tęskno do wiosny, zieleni, długich i słonecznych dni.

Poplątałam się po sklepach z ciuchami ale to niestety nie pomogło wręcz przeciwnie, w sklepowych lustrach naoglądałam się zahodowanych osobiście zapasów tłuszczu których ani nie mam siły ani chęci sie pozbyć – jest mi totalnie żle i jak „natentychmiast” nie przyjdzie wiosna to ….. sama nie wiem co.

Idę w cholerę spać.

Nie mam czasu bo czytam

Odkryłam nową pisarkę - Monika Szwaja – jest rewelacyjna (oczywiście to moja opinia i nie każdy musi się z nią zgadzać) na dodatek jest ze Szczecina w związku z powyższym scenerią jej książek jest właśnie Szczecin czyli moje rodzinne miasto.

W piątek przeczytałam jej książkę pt. „Klub mało używanych dziewic” (tytuł trochę przewrotny ale intrygujący).

Natomiast w sobotę i niedzielę przeczytałam „Coś pożyczonego” i ”Coś niebieskiego” – Emily Giffin – też świeżo odkryta pisarka.

W tej chwili mam do przeczytania jeszcze dwie książki Moniki Szwaji.

Siłą rzeczy więc kompletnie nie mam czasu na pisanie bo czytam, jak przejdzie mi nagły atak czytania - będę taka oczytana i światowa dama to dam znak życia.

Jeżeli lubicie babskie czytadła to gorąco polecam obie autorki.

Nieudane zakupy

Kręcąc się po sklepach przy okazji robienia zakupów zupełnie domowych pomyślałam, że przy zupełnej okazji kupię sobie tusz do rzęs. Oczywiście nie mogłam kupić w pierwszym lepszym sklepie, musiałam sprawdzić przynajmniej dwa sklepy, bo jak twierdzi moja córka Mamiśka jestem zwykłą „żydówą” i to jest poniekąd prawda.

Poleciała więc „żydówa” do pierwszego sklepu bo tam było taniej o 5 zł. Pokazując paluchem tusz leżący sobie na półce wyraziłam chęc zakupienia go. „Ladaco” wzięło tusz skasowało pieniądze  i podało mi. Patrzę ci ja na to co zakupiłam a to zupełnie nie to co chciałam, owszem jest firmy „Max Factor” ale opakowanie jest koloru granatowego ze złotą nakrętką, która mnie zmyliła.

Mówię więc kobiecie, że ja chciałam tusz z silikonową szczoteczka a ten takiej nie posiada

- ale pani pokazała na ten tusz
- no zgadza się ale tusz był położony złotą nakrętką do klienta w związku z tym myślałam, że zakupuję właściwy tusz
- ale pani widziała przecież co biorę
- nie do końca bo podała mi pani tusz do ręki po skasowaniu ode mnie pieniędzy
- nic na to nie poradzę
- proszę mi tusz wymienić
- nie mogę bo nie mam tuszu z silikonową szczoteczką
- to w takim razie ja nie chcę tego tuszu proszę mi zwrócic pieniądze
- nie mogę
- dlaczego
- bo pani kupiła ten tusz
- ale pani tak naprawdę to kupowała „kota w worku” i go nie chce
- ale ja już skasowałam
- to co za problem po prostu anulowac transakcję
- nie mogę
- nie może pani czy nie chce

I tak w kółko macieju cierpliwość moja się wyczerpała wyrwałam babiszonowi tusz i oznajmiłam, że wciskaniem towaru na siłe i brakiem elementarnej uprzejmości nie przyciągnie klientów do pustego jak stare lochy sklepu.

Natomiast poza sklepem opuściła mnie cała „klasa” i w obecności czekającej na  mnie pod sklepem córki Mamiśki dałam upust wściekłości i  (zupełnie niepedagogicznie) lekcję czystej „łaciny”.

Mamiśka dyskretnie się rozglądała czy aby do ludzi nie dochodzi mój soczysty język, ale byłam taka wściekła że było mi wszystko jedno czy ktoś mnie słyszy czy nie – cała moja „klasa” została w tym pierdolonym sklepie.

Po przyjściu do domu okazało sie, że nie dość, że kupiłam tusz nie taki jaki chciałam to jeszcze na dodatek zupełnie wysuszony może nie jak Sahara ale blisko - obecnośc tuszu miała tam miejsce może kiedyś – i za ten bubel zapłaciłam wiedźmie z lochu 36 zł.

Po prostu zrobiłam interes życia.

Powtórka z dentysty

Dentysta jeszcze raz proszę!! Nastąpiła chwila powtórnej wizyty u pani sadystki. Posadziła na fotel – no dobrze sama siadłam – ale nie do końca dobrowolnie, wzięła wiertełko i „popieściła” mojego biednego chorego zęba. Do tej chwili wszystko jest fajnie, następnie wzięła ……… no coś wzięła i zagrzebała w kanałach zębowych – boooooolało!!!!!!.

Igłą z mazidłem ponownie zakręciła w kanałach i to też bolało!!!!, zalepiła śmierdzącym gównem i zaprosiła za miesiąc, no nawet trochę więcej niż miesiąc.

Nie jestem pewna czy odwiedzę panią jeszcze za miesiąc i czy w ogóle panią odwiedzę, dobrowolnie poddać się torturom nie zamierzam.

Niech ten ząb sobie po prostu zgnije i zepsuje się do końca, to może potrwać jeszcze z rok, więc będę jeszcze przez calutki rok szczęśliwą posiadaczką zęba Nr 6.