Miesięczne Archiwa: Maj 2008

Misia

Ulubionym sprzętem w naszym domu jest wg Misi komputer, więc jak nas odwiedza to omijając wszelkie prawidła kindersztuby, przejawy radości z jej wizyty i omijając wszystkich którzy chcieliby jej dać śliniastego buziaka pędzi jak wariat do komputera zanim ta banda (czyli my) zdąży jej go wyłączyc. Oczywiście dopada go i ma tylko chwilę zanim „komputron” zgaśnie i tak właściwie nawet nie zdąży trochę narozrabiać, walenie myszką i półką od klawiatury też nie wchodzi w rachubę, bo wszyscy się drą – zupełnie nie wiadomo dlaczego?

A zabawa przy wyłączonym komputerze to nuuuuuda!!

Miś

Zabawa w kotka i myszkę

Agrafka uzyskawszy poważny wiek prawie 14 lat uznała, iż pokazywanie się bez makijażu po prostu dziewczynie w jej wieku nie uchodzi.

Jest posiadaczką podstawowych kosmetyków tzn. kremu, dezodorantu, specyfików na likwidacje pryszczy i flakonika perfum. Wg latorośli jest to mały zestaw – zbyt mały jak na jej wymogi – matka to ma dopiero odpowiedni zestaw kosmetyków, ale nie wiedzieć dlaczego chowa je po kątkach.

Matka obserwując zużycie kosmetyków ma podejrzenie, iż ktoś korzysta z jej kosmetyków. Podejrzanych nie jest zbyt wiele – maużon odpada bo chłop, kot wchodzi ewentualnie w rachubę bo baba no i oczywiście Agrafka – podejrzana Nr 1. Zużycie pudru nagle się zwiększyło, podczas kiedy onegdaj (jak dzieci były małe i nie przejawiały zainteresowania kosmetykami) jedno opakowanie pudru starczyło matce na dwa sezony, teraz nagle kupuję już trzecie  opakowanie – powód jest pewnie prozaiczny zwiększyła mi sie objętośc twarzy i to trzykrotnie.

Lepsze perfumy używane przez matkę od święta dla Agrafki są prozą codzienności i psika się nimi obficie każdego dnia.

Podbieranie kosmetyków przez Agrafkę spowodowało u nas w domu tzw. zabawę „w kotka i myszkę” ja chowam moje skarby natomiast Agrafka słusznie uważając, że to są skarby zabawia sie w poszukiwacza skarbów i dzielnie ich poszukuje. 

Ponieważ Agrafka zazwyczaj jakimś cudem odnajduje miejsce ukrycia mazideł zmuszona jestem zmieniać miejsce ich ukrycia, niedługo skończą mi sie pomysły na schowki, wtedy pozostanie mi się przestać malować i perfumować. 

W normalnym domu kosmetyki stoją sobie dumnie gdzieś na półce, ale nie u mnie w domu. Najpierw były chowane przed Pineską (moja starszą córką) teraz są ukrywane przed Agrafką. Czy to znaczy, że mój dom jest nienormalny i dlaczego ja nie mogę trzymać swoich mazideł na półeczce (chyba że owa półka znajdowałaby się w szafie pancernej).

Czy to mój dom jest taki „chory” czy wszędzie gdzie są córki tak jest?.

html

Od kiedy przeniosłam się z blogowaniem tutaj zaczęła się moja przygoda z html.

Oczywiście przedtem miałam jakieś blade pojęcie, że coś takiego istnieje, ale dla mnie był to chiński język: szereg nic nie znaczących słów, dziwnych znaczków, kropek, kresek i innych dziwadeł. O wstawianiu obrazków i zdjęć nie było mowy potrzebny był jakiś zasrany adres url którego moje zdjęcia i obrazki nie posiadały. Zmiana szaty bloga nie wchodziła w rachubę, bo trzeba było znać tajne szyfry które zmieniłyby cokolwiek w blogu.

Tak oto przez sześć miesięcy czytałam różne poradniki, mądre książki i zniechęcona chciałam to wszystko rzucić w cholerę, ale pomyślałam sobie – skoro dzieciaki potrafią tu wklejać fotki to dlaczego ja nie miałabym się nauczyć, a ponieważ z natury jestem „zawziuna” to się zawzięłam i czytałam dalej. Podczas czytania tych wszystkich poradników w języku chińskim (kompletnie nie pojmowałam o co w nich chodzi), myślałam o przeniesieniu się gdzie indziej, ale w każdym miejscu pozbawionym „pływających” i „fruwających” po blogu reklam było tak samo – mały wybór szablonów i wszystko w html.

Cała moja umiejętność komputera polega na intuicji, tam gdzie nie mogę wejść drzwiami wchodzę oknem. Postanowiłam ruszyć makówką i robić wszystko na chłopski rozum.

W tej chwili umiem podstawy html na tyle, że mogę wprowadzić niewielkie zmiany w szacie bloga zaczęłam łapać tajne szyfry i co najważniejsze wiem jak wstawić fotkę.

Za następne pół roku pewnie będę potrafiła sobie sama zrobić szablon.

Uwaga oto „wielkopomna chwila” wklejam swoją pierwszą fotkę. Przedstawiam miłościwie panującego w moim domu kota:
kot

Renta socjalna

Gdzieś na działkach mieszka sobie niejaki Gienek, jest człowiekiem z tzw. marginesu społecznego, nadużywa alkoholu, mieszka na działce, żadną pracą się nie skalał (oprócz dorywczej, która pozwalała kupić tanie wino i życ w błogiej nieświadomości przez tydzień) taki niebieski ptak.

Otóż owy Gienek pobiera od miasta tzw. rentę socjalną w wysokości 500,00 zł. zimą opieka dowozi Gienkowi opał, aby chłopina nie zmarzła natomiast  działkowicze dokarmiają Gienkowego psa, bo psina pewnie dawno by zdechła z głodu, na Gienka raczej liczyć nie może chyba, że w chwilach jego przytomności umysłu, co u Gienka nie zdarza sie często.

Gdzieś w pobliżu jest mały sklepik w którym obsługuje pani Jadzia. Pani Jadzia dorabia do renty w sklepiku, bo jej renta po dwudziestu pięciu latach pracy wynosi 650,00 zł.

To sie nazywa sprawiedliwośc dziejowa, chłop który się nie skalał żadną pracą ma 500,00 zł. renty tylko za to, że popadł w alkoholizm (pewnie jest to wina całego społeczeństwa), natomiast Pani Jadzia za uczciwą pracę otrzymała aż o 150,00 zł. więcej.

Pani Jadziu proponuję popaść w alkoholizm zamiast dorabiać w tym gównianym sklepiku, pewnie będzie przyjemniej i bez żadnego wysiłku, musi sie tylko Pani przemóc.

Sztuka przez duże S

A mnie znowu pan maużon zabrał do teatru na komedię „Kolacja dla głupca” mistrza gatunku Francisa Vebera. Jeszcze trochę a stanę się stałym bywalcem teatralnych wnętrz. 

Przedstawienie trwało ponad dwie godziny i naprawdę w tym czasie się nie nudziłam, nawet nie zauważyłam kiedy minęły, nikt sali nie opuścił wszyscy oglądali z zainteresowaniem.

 
Mówi się, że ludzie nie „chadzają” już do teatrów, że wolą multikina, oglądanie nie zawsze wartościowych filmów i spożywanie dużych ilości kukurydzy na słodko, solonej i jakiej tam jeszcze popijając to max kubkami coli, otóż wyprowadzam wszystkich z błędu, sala była pełna a 100 procentowej frekwencji nie robili (jak w kościele) ludzie starsi tylko ludzie młodzi i w średnim wieku.

Czyli ludzi mamy kulturalnych, żądnych kultury i sztuki przez duże „S”.

Służba zdrowia

Wickent zakończył się dla mnie nieszczególnie. Agrafka w niedzielę wieczorem się rozchorowała i szarpały nią wymioty. Wymioty trwały do godziny mniej więcej 4:00 rano kiedy stwierdziła, że dłużej nie „wytrzymie” mam „natentychmiast” dzwonić po pogotowie bo jak nie to ona schodzi.

Z duszą na ramieniu dzwonię więc po to pogotowie i myślę sobie – pewnie mnie zignorują, przecież to nie jest nagły wypadek, ale groźba Agrafki, że zejdzie była silną motywacją. I o dziwo pani przyjmująca zgłoszenie nie wyzwała mnie i nie kazała wzywać księdza, tylko przyjęła zgłoszenie i karetka przyjechała w ciągu 15 minut.

Po godzinie 4:00 zaczął się mój bliższy kontakt ze służbą zdrowia. Pogotowie przyjechało i po pierwsze okazało się, że nie mam aktualnej książeczki zdrowia, więc muszę się zgłosić rano i pokazać podstęplowaną bo inaczej wystawią mi fakturę.

Najpierw zostałyśmy zawiezione do jednego szpitala, gdzie zanim dziecko zostało poddane badaniom i podłączone pod kroplówkę zostałam przepytana prawie jak na przesłuchaniu, czyli:
- nr peselu mój i dziecka
- adres i kod
- nr telefonu
- historia moich, maużona i dzieci chorób, kiedy, gdzie i jakie zostały przebyte
- itp., itd.

Ja natomiast zostałam obdarzona ogromnym zaufaniem pani pielęgniarki, która pobrała krew (przy mojej pomocy polegającej na odbieraniu próbek i ich zamykaniu) mi natomiast kazała zanieść owe materiały do laboratorium Więc rada nie rada błąkałam się ciemną i głuchą nocą po korytarzach szpitala szukając laboratorium, poruszając się zresztą wg ścisłych wskazówek sióstry „miłosierdzia”.

Zupełnie nie rozumiem czemu ogarnia mnie takie onieśmielenie wobec białych kitlów, czy to ich mądrośc czy ich tupet i pewność siebie, kompletnie nie potrafię zareagować w odpowiedni sposób tylko poddaję się ich rozkazom bez żadnych sprzeciwów. W obecności lekarzy i białego personelu czuję się jak uczennica na dywaniku u dyrektora szkoły.

Po odniesieniu (bo oczywiście odniosłam bez słowa sprzeciwu) materiału do badania czuwałam przy dziecku. Po pierwszej kroplówce zostało podanych trzy kolejnie, ale każda z pozostałych trzech kroplówek została podana nie do końca. Obserwując to myślałam sobie, to co to tą resztę wyleją, bo chyba nie powinno się podawać rozpoczętych kroplówek innemu pacjentowi.

Z nastaniem godzin porannych po przybyciu porannej zmiany do pracy nastało większe zamieszanie, każdy wydawał sprzeczne polecenia i zrobił się mały bałagan. W końcu przybyła lekarka z nocnego dyżuru i poinformowała nas, że zostaniemy przewiezione do innego szpitala. Wszystko zostało uzgodnione ze szpitalem i za jakiś czas przyjedzie karetka aby nas przewieźć.

Jakiś czas trwał ponad godzinę. Około godziny 10:00 zostałyśmy przewiezione do drugiego szpitala, choć obie byłyśmy już zmęczone i miałyśmy dosyć służby zdrowia, chciałyśmy wracać do domu.

W drugim szpitalu znowu czekanie aż przyjdzie pani doktor, zbada dziecko i zadecyduje co dalej. Pani przybyła po pół godzinie, w międzyczasie siostra spisywała standartowe dane. Za drzwiami płakało jakieś dziecko, siostra więc wyraziła kilka osobistych uwag na temat mamusi dziecka, która to nie potrafi pomóc dziecku, byłam już bardzo zmęczona bo przecież całą noc nie spałam, więc nie bardzo wiedziałam o co chodzi pani, czy matka miała dziecku zrobić wstrząsy czy jak.

Pani doktor zadecydowała, że dziecko w szpitalu pozostaje. Odprowadziłam więc biedną i wykończoną Agrafkę do łózka i poleciałam do pracy podstęplować książeczkę, bo szpital także zagroził mi, że jak nie zgłoszę się z aktualną książeczką zostanie wystawiona faktura.

Po południu polecieliśmy z maużonem do szpitala dowiedzieć się co w końcu dziecku dolega bo w ciągu tej podróży po szpitalach nikt absolutnie mnie nie informował co dziecku dolega, podawano mi tylko suche informacje o których zresztą i tak wiedziałam, wcale nie trzeba kończyć medycyny żeby wiedzieć, że dziecko jest odwodnione i należy mu uzupełnić płyny.

W szpitalu zanim znalazłam lekarza i uzyskałam jakiekolwiek informację dopadła mnie siostra która przyleciała poprosiła o zaktualizowaną książeczkę zdrowia. Dopiero potem mogłam sobie szukać lekarza od którego uzyskałam informację, iż jest podejrzenie o zapalenie opon mózgowych w związku z tym muszę podpisać zgodę na zabieg. Zgodę podpisałam ale prosiłam aby jeżeli nie będzie naprawdę takiej konieczności zabiegu nie wykonywać. Zabieg został i tak wykonany, bo na drugi dzień był zupełnie inny lekarz, który podjął decyzję o jego wykonaniu. Wynik wykluczył zapalenie opon mózgowych co mnie ucieszyło.

Wychodząc ze szpitala (a było już około 20:00)) byłam jeszcze świadkiem osobliwej scenki kiedy to dwoje rodziców (tata i mama) rozmawiało na korytarzu. Rodzice owi widać byli zakwaterowani na terenie szpitala i byli rodzicami zupełnie innych dzieci. Otóż pani poinformowała pana, że wykąpała już dziecko i nakarmiła, natomiast pan oznajmił, że właśnie idzie wykąpać dziecko i położyć do snu.

Wnioski nasuwają się same, biorę się do nauki, bo w razie potrzeby za jakieś dwa-trzy lata będzie mi potrzebna nie tylko znajomośc topografi szpitali ale także pobieranie krwi, robienie zastrzyków, a może nawet reanimacja.

Bielszy odcień bieli

Lubię ubrania w kolorze bieli moje potomstwo w postaci Agrafki także, piorę więc te ulubione rzeczy w wiodących proszkach przeznaczonych do bieli zgodnie z wskazaniami wszelkiej maści reklam ale niestety bulwa moje rzeczy nie są takie białe jak na reklamie. Posiadają wszystkie odcienie szarości tylko biel jest im obca.

Więc pytam czy ja robie coś źle, czy owe proszki są do dupy. przereklamowane czy może  krótko mówiąc reklama kłamie.

Wszystkie proszki wychwalane w reklamach są tylko wychwalane, z dobrą jakością i skutecznością nie mają nic wspólnego,  i żadnych cudów nie robią większość została sprawdzona przeze mnie i można mi wierzyć, wcale nie działają tak rewelacyjnie, tylko piorą i to zupełnie tak sobie a Pan Chajzer przynajmniej dwadzieści pięć razy dziennie przekonuje mnie z telewizora, że te białe rzeczy wyprane w proszku przeznaczonym do bieli po raz setny wyglądają ciągle tak samo jakby były dopiero co kupione. To w taki razie  czemu mi ta sztuczka nie wychodzi.

Chyba przejdzę na ług i szare mydło albo pranie białych rzeczy zlecę Panu Chajzerowi u niego po dwudziestym piątym praniu białe jest po prostu białe.