Miesięczne Archiwa: Lipiec 2008

Bolący ząb

Znowu dentysta i ból zęba bo gdy jadłam chlebuś i zaznaczam, że chleb   nie był czerstwy był świeży – to odpadł mi bezcenny kawałek zęba  - oczywiście tego samego którego leczę już od prawie roku.

Poleciałam do dentysty i oznajmiłam, iż bez znieczulenia nie dam się ruszyć choć pani doktor twierdziła – „kochana co tam może boleć to martwy ząb” – może i martwy ale boli i bez walki się nie poddam proszę ładować zastrzyk (choć zastrzyku też się boję). Popaprany ząb powinien siedzieć tam i nie boleć bo jest martwy a on to jakieś zmobi czy co bo wbrew wszystkiemu boli i już.

Pani borowała i dłubała w zębie a ja i tak czułam jak się znęca nade mną. Oczywiście jak na złośc okazało się, że w kanałach jest już czysto i nic się z nich nie sączy czyli gdyby nie ból można by go było zalepić i i koniec, ale nie – teraz to on musi boleć. Jeszcze trochę i stracę nadzieję na uratowanie tego przeklętego zęba.

Oczywiście są też skutki uboczne w postaci smaku domestosa w ustach – co znaczy pani się postarała i dobrze odkaziła moją biedną jamę ustną, teraz pewnie przez najbliższe dni wszystko będzie mi smakować jak domestos albo inny wybielacz.

Swoją drogą jeśli uda mi się go w końcu wyleczyć to chyba będzie mi brakować tych comiesięcznych wizyt u dentysty.
 

Wyprawa nad morze

Wyprawa się odbyła, pogoda dopisała. Było cudnie – szum morza, gorący piasek, morska bryza, słoneczko bez chmur – bajka.

Nad morzem odbyła sie inauguracja mojego nowego stroju prosto od Triumpha, wyglądałam całkiem nieżle, optycznie troche szczuplejsza (być może to moje pobożne życzenie i ułuda) ale kąpać się nie kąpałam woda jak dla mnie była brrrrrr.

Opaliliśmy się ślicznie bez szaleństw…. oprócz mojego osobistego maużona.

Maużon jak zwykle dostał porażenia słonecznego, choć wszyscy byliśmy na plaży równo to tylko on spiekł się jak głupi, w dodatku dostał dreszczy i febry. Cały wieczór zastanawiałyśmy sie z Agrafką czy nie wezwać pogotowia bo nie wyglądało to najlepiej, ale maużon stwierdził, że on żadnych lekarzy nie chce, chce umrzeć w spokoju:))) twardziel.

Mówi się, że człowiek uczy się na błędach – ale nie dotyczy to maużona, każda nasza wyprawa nad morze kończy się dla niego febrą, za każdym  razem obiecuje, że więcej nie pojedzie nad morze i co!!! mało tego, że jedziemy to scenariusz zawsze się powtarza, opalenizna na apacza i febra.

W niedzielę Pineska pojechała nad morze i przez telefon dowiedziałam się, że też się strzaskała na spieczoną skwarkę i cierpi (tatusiowa krew). W tygodniu jak przyjedzie to będę mogła się przekonać naocznie jak to wygląda.

Mam do nich żal byłam na słońcu tyle samo czasu co maużon i ja się nie strzaskałam, można powiedzieć, że przy nich to ja jestem blada twarz gdzie tu sprawiedliwość oni pocierpią ale będą opaleni a ja!!!

Agrafka pojechała na kolonie i widzę, że napewno zapomniała gąbki, co jeszcze zapomiała dowiem się chyba w terminie poźniejszym.

Marazm

Kompletnie mi się nic nie chce, pogoda także nie sprzyja dobremu samopoczuciu, jakaś taka bardziej jesienna, kto to słyszał, żeby w środku lipca tempratura 17 stopni była normą - to po prostu skandal.

Ogarnął mnie totalny marazm i powtarzalność – praca, dom, telewizja, spanie i od nowa – praca, dom, telewizja, spanie i gdzieś tam w międzyczasie coś wypiorę, ugotuje, pozmywam, sprzątnę - jak robot.

W niedzielę Agrafka jedzie na kolonie muszę ją wyszykować, ciągle obawiam się, że o czymś zapomnę więc i spanie mam zakłócone. Kolonie mają być tzw. konne to niby ma znaczyć, że dzieci będą jeździły na konikach, ale Agrafka nie jest głupia wie, że więcej niż tego jeżdżenia będzie sprzątania i doglądania koni, ale sama świadomie sobie takie kolonie wybrała.

Muszę zabawić się w wróżkę i przewidzieć pogodę jak będzie w sobotę jeśli normalna tzn. taka jak powinna byc latem przynajmniej 25 stopni to pojedziemy nad morze, w końcu to tylko rzut beretem – 100 km – więc może tam odzyskam radość i chęć do życia.

Lato, lato, lato wróć proszę bo ja tęsknię i jest mi smutno!!!!!!!!!!!

Na pocieszenie

Doła to ja mam dalej, ale trochę go obłaskawiłam bo wymieniłam sobie telefon komórkowy na nowy – śliczny NOKIA 6300.

Cały dzień bawiłam sie nowym cudeńkiem bo przecież trzeba od nowa nauczyć sie obsługi „jazdy” i muszę się przyznać, że zawsze jak cos dopiero poznaję to pada często i gęsto dużo brzydkich słów, no bo przecież jak czegoś nie mogę pojąć to mnie szlak trafia.

Oczywiście na wejściu to „blondynka” od razu włożyła źle kartę i wyskakuje ciemnej masie ciągle „brak karty SIM”, co jest cholera przecież włożyłam tą przeklętą kartę, to gdzie ta franca jest – no i oczywiście już nerwy „no bo napewno coś zepsułam!!!”, aż przyszła Agrafka dziecko drogie i pokazała mamci, że kartę to trzeba włożyć do środka pod klapkę (a skąd ja mogłam wiedzieć, że tam jest jakaś posrana klapka, położyłam na wierzch i gitara).

Potem to było jeszcze kilka innych potknięć i seria niecenzuralnych określeń, ale bawię sie dalej – myślę, że zajmie mi to jeszcze trochę czasu.

A w sobotę byłam z koleżanką na kawie w kawiarni „Caffe 22″ która mieści się na 22 piętrze jednego z wyższych budynków w Szczecinie, widok stamtąd  przecudny jak tylko będę miała trochę czasu to wkleję zdjęcie choć to i tak nie odda tego co widać na „żywca”.

Zmęczenie materiału

Jestem już tak zmęczona pracą, tak mam jej dosyć, że najchętniej poszłabym na długo wyczekiwany i zasłużony (tylko nie wiadomo kiedy) urlop, a może na jakieś zwolnienie lekarskie na które nigdy nie chodzę (bo przecież kolegów nie można zostawić samych na polu walki) choć mnie to wszyscy w dupie mają i sobie idą na urlopy i wcale sie nie przejmują, że mnie przysypała tona papierów, że ogłuchłam już od dźwięku telefonu i wszyscy czegoś ode mnie chcą i to najlepiej na wczoraj a ja chcę żeby mnie wszyscy pocałowali w dupę.

Ja chcę na emeryturę!!!!!!!!!

To co że jeszcze nie czas, ja chcę leżeć i nic nie robić, mieć masę wolnego czasu z którym nie będę wiedziałą co zrobić – ja po prostu chcę odpocząć może być pod palmami, chcę mieć ciszę i święty spokój.

Przepis kulinarny

Podam przepis który w niedzielę sama wypróbowałam – rewelacja:

- gotujemy kilka obranych większych ziemniaków jednak nie dłużej niż 10 min. (nie mogą być rozgotowane)
- odcinamy czubek i wydrążamy dziurkę w ziemniaku
- do dziurki pakujemy farsz z białej kiełbasy a na wierzch plasterek żółtego sera i przykrywamy odciętym czubkiem
- nafaszerowane ziemniaki zawijamy w folię aluminiową
- wszystko wykładamy na blachę i pieczemy w piekarniku około 45 min

Można to także robić na grillu.

Pycha – życzę smacznego.

PS: farsz wyciskamy z białej kiełbasy (surowej)

Ogłoszenie

Jeszcze jedna dawka śmiechu:

Sprzedam faceta:

Data pierwszej rejestracji – marzec 1949
Egzemplarz okazowy, duże gabaryty, tył lekko zgarbiony, poduszka powietrzna z przodu, ropniak, możliwość jazdy na gazie.

Wrażliwy na pedały, drążek ergonomiczny położony centralnie prawie niewidoczny, najlepiej posuwa na obwodnicach, na trasie bierze wszystko jak leci,

Uwaga porządnie stuknięty, dużo pali, problemy z wtryskiem, niemiłosiernie smrodzi z tylniej rury.
Zapas gum gratis.