Miesięczne Archiwa: Luty 2010

Drewniane ręce

Zawsze miałam drewniane ręcę, idąc np. do sklepu i biorąc coś z półki na 10 razy przynajmniej 5 razy muszę coś zrzucić, jeśli nie drewnianą łapą to zawadzając rogiem kurtki lub dupą.

Koleżanka pracowa kupiła sobie nową komórkę więc poleciałam aby obejrzeć, ŚLICZNY…
- fajny nie I TAK DOBRZE SIĘ TRZYMA W DŁONI (mówi koleżanka)
- komu???? – chyba jej bo nie mnie, mnie wyślizgnął się z DŁONI i „pierdalnął” o glebę….

KURWA KURWA DUPA jaką trzeba być niezgrabą aby upuścić cudzy telefon NOWY ŚWIEŻO ODEBRANY Z „SALUNU”!!!!!!

Żeby to był stary grzmot z demoblu to bym nie miała takich wyrzutów sumienia.

Oczywiście powiedziałam koleżance, że pokryję koszty naprawy ale mam odczucie, że to nie załatwia sprawy i gnębią mnie WYRZUTY SUMIENIA.

Muszę pamiętać aby więcej nie brać do drewnianych „łapów” żadnej cudzej rzeczy a już szczególnie NOWYCH RZECZY.

Zimowe sporty ekstremalne

Poruszanie się dziś po mieście jest sportem ekstremalnym, jest odwilż, pada deszcz i np. na mojej ulicy przewidujący zarządcy budynków wywiesili tabliczki z napisem UWAGA STREFA NIEBEZPIECZNA. 

Co to znaczy miałam okazję przekonać się wracając z pracy gdy za mną i przede mną spadło z dachu to czego tam nie powinno być, bo zarządcy budynków powinni byli zadbać o to aby śnieg i tworzące się sople lodu na dachu usunąć, ale ograniczyli się do tego aby mnie ostrzec przed niebezpieczeństwem.

Czuję się już ostrzeżona bo jak spadło to dowiedziałam się z jakim niebezpieczeństwem mam do czynienie, tylko co w związku z tym……. mam fruwać….. nie „umim”, kroczyć po jezdni…. ależ to jeszcze większe niebezpieczeństwo bo tam poruszają się samochody!!!! „nio” tak przy takiej pogodzie mogłabym jeszcze spróbować popłynąć…. ale i tu odzywa się mój brak talentu do czegokolwiek bo pływac „tyż” nie „umim”

Rozważam jeszcze zabarykadowanie się w domu aż nie spadnie wszystko z dachów ale to mogłoby potrwać do wiosny i nie sądzę aby mój szef zrozumiał zasadność mojego braku w pracy.

Pozostaje mi tylko uwierzyć w to, że to nie mnie spadnie na łepetynę zwał śniegu lub sopel lodu, a jeśli tak to i tak nie będę miała możliwości poskarżyć się komukolwiek bo ZOSTAŁAM OSTRZEŻONA.

Godz. 21:57 właśnie z hukiem bryła śniegu jebutnęła w samochód (nie mój cha cha) włączył się alarm, ale szkód nie widzę bo jedyne co widzę to ciemność, ciemność, ciemność…… znowu jebutło……..

Budka telefoniczna

Teraz już wiem – jestem posiadaczką BUDKI TELEFONICZNEJ….. jak to niemożliwe – u mnie BUDKA TELEFONICZNA mieści się w kibelku…… jest może trochę duża jakieś 5×2 m ale moje starsze dziecko Monix właśnie ją adoptowało i jak mnie odwiedza to właśnie tam w przyjemnej i przyjaznej atmosferze przeprowadza rozmowy telefoniczne i przy zupełnej okazji blokuje dostęp do tego przybytku, który w NASZYM DOMU spełnia też inne funkcje.

Myślałam, że może ze względu na wielkośc pomieszczenia podzielę to na kilka budek telefonicznych i wynajmę……..

Dama

Czy dama może się wyłożyć wcale nie jak dama w publicznym miejscu – może pewnie, że może.

Księżna Pani tzn. mła właśnie wyłożyła się na świeżo dostarczonym przez matkę naturę, nieodśnieżonym śniegu wieczorową porą (chociaż tyle dobrze, bo mniej świadków upadku Księżnej Pani) zupełnie bez wdzięku w obecności dwóch świadków – człowieka rodzaju męskiego i jego psa.

Księżna Pani z wypadku wyszła cało i oprócz utraconej dumy i bólu członków nic jej się nie stało (twarda sztuka).

Ból jest mniej więcej taki jakbym przerzuciła dwa wagony węgla, lub spędziła kilka godzin na siłowni, ani jedno ani drugie nie ma nic wspólnego z rzeczywistością bo Księżna Pani węgla nie przerzucała a ćwiczeniami na siłowni się brzydzi.

Całe moje obolałe ciało cierpi jakby je przejechał pług ale to niemożliwe bo mimo obfitości śniegu nikt w moim mieście nie miał szczęścia widzieć takiego cudu jak pług, w związku z czym mamy dużo tego białego dobrobytu który w godzinach południowych stopniowo topnieje zamieniając się w wodę koloru brunatnego w której to radośnie taplając się pokonuję drogę do domu z pracy.

Idąc rano do roboty szronu nie mam tylko w dupie a wracajac z niej udaje mi się nie zamoczyć tylko cycków.

Mrófcze opowieści – I

Dawno, dawno temu jak mama Mrófa była piękna i młoda, zaś młoda Mrófa była zupełnie mała w piękny sobotni lub niedzielny niekoniecznie poranek bo godzina była między 6-7 rano – mama i tata Mróf odsypiali ciężki tydzień i wcale nie zamierzali zrywać się o tak nieprzyzwoitej porze w przeciwieństwie do małej Mrófy dla której 6-7 rano to najlepsza pora na zabawę.

Ponieważ reszta Mrófczej rodziny spała i nie kazała się budzić, mała Mrófa zajęła się zabawą własną która to niestety okazała się nudna, w związku z tym Mrófa przeraczkowała się do jedynego salonu jaki jest w posiadaniu Mrófczej rodziny i który spełnia też funkcję sypialni, pokoju telewizyjnego i bawialni.

W owym salonie na stole leżały zapałki, fajna rzecz, stare Mrófy tak dziwnie pocierały patyczkiem po pudełku i z tego robiło się jasno, mała Mrófa też koniecznie chciała spróbować czy jej też się uda wyczarować takie światełko.

Owszem udało się ale zaczęło lekko parzyć wobec tego trzeba było koniecznie wyrzucić ten patyczek. Płonący ślicznie patyczek spadł na łóżko gdzie spał tata Mróf, bo mama Mrófa spała w małym pokoju aby mieć oko na bawiące się tam właśnie mrófcze potomstwo i oczywiście miała …. oko zamknięte.

Mała Mrófa ewakuowała się szybko do małego pokoju bo gdzieś tam w środku czuła, że mama i tata Mróf nie będą zachwyceni tym ogniskiem które nagle też przestało się podobać małej Mrófie.

Dom obudził krzyk i larum taty, który próbował ugasić ognisko, półprzytomna mama zerwana brutalnie z „czuwania” wpadła do salonu i zastała tam płonący stos a w nim zamiast złej czarownicy, czarownika próbującego ugasic płomienie.

Strat w ludziach i sprzęcie nie było poza „letko” nadwątlonym łóżkiem i ciężko przestraszoną Mrófczą rodziną.

Małej Mrófie udało się przeżyć kataklizm i pożar jaki wywołała i ma w tej chwili 16 lat,  cyklicznie dostarcza mamie i tacie Mrófom ciągle nowych porcji emocji.